Porady Duchowe
Chciałbym zakończyć swoją bezpowrotną podróż do Nieba w taki sposób, w jaki ją rozpocząłem jako kilkulatek: bezpośrednio po wejściu do niego znaleźć się choć na chwilę przed obliczem Boga Ojca siedzącego na tronie. Zaniosła mnie wtedy do Nieba Najświętsza Maryja Dziewica, biorąc mnie nocą na ręce z dziecinnego łóżeczka. Także jako dorosły w Jej ramionach i przy Jej sercu chcę opuszczać ziemię. Chociaż na ostatnią godzinę zapraszałem wielu wspomożycieli, zwłaszcza znanych z wielkiego męstwa, jednak gdy ujrzę przy sobie Maryję jako Bożą Wysłanniczkę – stanie mi się obojętne, co będzie działo się z moim ciałem. W Jej obecności ustaje wszelki ból, topnieje wszelki niepokój, a ciało duchowe może spokojnie wychodzić z fizycznego i rozwijać orle skrzydła do odlotu. Fizyczne staje się niepotrzebne, obojętne, a ziemia ze wszystkim, co jest na niej, oddala się, z cierpieniami włącznie.
Nie wyobrażam sobie, bym dał się zatrzymać w Bramie Nieba tłumowi Przyjaciół, wychodzących mi na powitanie, chociaż ich miłość i tęsknota za mną są dla mnie ważne, a moja tęsknota za nimi wielka. Oni na pewno rozumieją to o czym piszę: nikt tak mnie nie kocha i tak za mną nie tęskni, jak Bóg nasz Kochany Ojciec, Źródło wszelkiego Istnienia i Życia, przyobleczone w świetlistą szatę Bezbrzeżnej Miłości! Przecież On od początku miłość ku Sobie wszczepił w moje serce, chcąc mnie mieć na zawsze przy sobie i cieszyć się moim szczęściem. Do Niego biegnę dzień za dniem, Jego wolę pełnię z godziny na godzinę, a Jego ukochany Kościół wspieram swoimi ofiarami od każdego poranka, gdy mówię Mu „Oto jestem!” z rozkrzyżowanymi rękami. Jego głosu od lat nasłuchuję, nieraz ulegając złudzeniu i narażając się na pośmiewisko… Zawoła mnie po imieniu, gdy zobaczy i usłyszy moje „Wykonało się!”
Na pewno dzieci w Niebie mają swoje przywileje, ale nie wątpię, że choć ja już do nich nie należę, wciąż jeszcze mogę spodziewać się dotarcia wprost przed Jego kochane oblicze, a nie tylko do podnóżka Jego tronu. Bo jeżeli na ziemi mój Nieskończenie Dobry i Tolerancyjny Ojciec w każdej Komunii świętej zamieszkuje we mnie, gdy przychodzi w swym Jednorodzonym, i pozwala mi ze wszystkich sił przytulić się do swego serca, to dlaczego w Niebie miałby przede mną się opędzać…? A skoro teraz określam siebie mianem Jego najmniejszej mróweczki, chciałbym i w Niebie taką pozostać, a takim stworzonkom wiele wolno!
Jeżeli ktoś wyobraża sobie Boga Ojca jako Olbrzyma sztywnego, nieruchomego, zapatrzonego w dal bez zmrużenia oka, ten jest w błędzie! On jest zawsze młody, radośnie uśmiechnięty – przecież jest Źródłem Szczęścia dla wszystkich; promieniuje żarem i blaskiem takiej miłości, że wszystkie stworzenia zbiegają się do Niego jak ćmy do latarni, jak kolorowe ważki do ciepłych promieni słońca, jak rozśpiewane skowronki w swym wysokim locie. A On zauważa każdy ich ruch, słyszy każdą myśl, przyjmuje każdą modlitwę, wzrusza się każdym okruchem ich miłości, odpowiada na każde pragnienie. A przy tym jest szczęśliwy ich szczęściem, do którego ich stworzył i powołał, które może im zapewniać bez końca – zawsze nowe, atrakcyjne, zagadkowe, intrygujące… Obdarowuje każdego (do tego jeszcze dojdziemy) po to, by ten nie tylko sam się sycił, ale by mógł obdarowywać innych, czerpiąc stąd jeszcze większe szczęście.
Wracam jednak do tej „mróweczki”… – i co sobie wyobrażam? Aniołowie pilnują porządku wokół Tronu i za balustradę nikogo nie wpuszczają… Zresztą przy samych stopach Boga Ojca można się zagubić, jak turysta bez mapy na zboczach Himalajów: podobno są tak wielkie, jak oba kontynenty amerykańskie! Ale dla mróweczki to żadna przeszkoda, bo umie chodzić po nogach Olbrzyma jak po drzewach w lesie i… gotowa jest na to sobie pozwolić! A mój Kochany Ojciec doceni moje wysiłki i tylko uśmiechnie się, gdy maleństwo, po długiej podróży, pojawi się przy Jego twarzy, nawet nie dostrzeżone przez aniołów!
Na pytanie, na jaki wiek chciałbym w Niebie wyglądać, odpowiem zdecydowanie: na taki, w którym najbardziej podobałbym się Bogu – Jemu samemu pozostawiam wybór. Gdybym jednak sam musiał wybierać – chyba jako dwunastolatek czułbym się tam najswobodniej. Nie wyróżniałbym się na zewnątrz niczym charakterystycznym, nie budził wielkiego szacunku ani nie chlubił się jak weteran walkami stoczonymi z szatanem i z samym sobą, nie zaciekawiał już z daleka jakimiś osobistymi cechami, możliwościami, uzdolnieniami, wiedzą i możliwościami. Bawiłbym się z dziećmi, a dla dorosłych zawsze miał to, czego oni potrzebują, chociaż tacy zwykle nastolatka nie podejrzewają o zbyt wielkie możliwości. Wiele by mi wtedy wybaczono, a rzadziej aniołowie i święci groziliby mi palcem, gdybym próbował zdobywać się na jakieś psikusy (na ziemi lubiłem je robić), skakać z wysokich drzew, budować zamki z piasku na dnie morza… Mniej by się na mnie oburzano, gdybym pokazał komuś język albo zagrał na nosie, siadał na zielonej trawie i ją przygniótł, a nawet się na niej położył, przypominając sobie lata dzieciństwa, gdy na wsi chodziłem boso i w mocno zużytym ubraniu.